Na rejsie morskim byłam pierwszy raz. Wcześniej żeglowałam trochę po Mazurach i przyznam, że tych doświadczeń nie ma co porównywać. Po raz pierwszy miałam do czynienia z chorobą morską. Na szczęście szybko mi przeszło, obyło się nawet bez Aviomarinu.
Rejs zaczęliśmy w Barcelonie. Po przybyciu do portu jachtowego udaliśmy się wraz z Kapitanem na jacht. Następnie udaliśmy się na zakupy do pobliskiego sklepu i kupiliśmy jedzenie na najbliższe 3 dni. Po powrocie Łukasz (nasz kapitan) przeprowadził szkolenie z bezpieczeństwa i obsługi żagli oraz pokładowego sprzętu. Jeszcze tego samego wieczora wypłynęliśmy w stronę Menorki.
Po całej nocy i kawałku dnia dopłynęliśmy do portu Ciutadela. W tym urokliwym miasteczku wybraliśmy się na nocny spacer. Klimat tego miejsca był niesamowity! Fort górujący nad portem, brukowane uliczki, palmy, kaktusy, łodzie rybackie – coś wspaniałego.
Następnego dnia wypłynęliśmy w stronę Majorki. Po drodze każdy z uczestników mógł prowadzić jacht po spokojnym morzu. Kapitan wszystko wytłumaczył i po krótkim instruktażu każdy z nas w miarę poprawnie żeglował wg wskazanego kursu. Noc mieliśmy spędzić w zatoczce „na kotwicy”. Niestety wzmógł się wiatr więc zmieniliśmy plany i wypłynęliśmy w stronę Ibizy. Takie nocne żeglowanie bardzo przypadło mi do gustu. Trzeba było co prawda pełnić dwugodzinną wachtę ale nie było to wielką uciążliwością. Zresztą nie byłam sama – podzieliliśmy się na dwuosobowe zespoły a Kapitan często sprawdzał jak sobie radzimy.
Kolejny dzień spędziliśmy na kotwicowisku obok niezamieszkałej wyspy. Boska plaża, krystalicznie czysta woda, słońce... Cudowne miejsce!
Kolejny portem do którego zawitaliśmy była Palma de Mallorca. Na miejscu wynajęliśmy samochód i zrobiliśmy wycieczkę wzdłuż wybrzeża. Jechaliśmy po wysokim klifie kilkaset metrów nad taflą wody. Niesamowite i niezapomniane. Po drodze zwiedziliśmy kilka urokliwych, maleńkich miasteczek.
To były jak dotąd moje najlepsze wakacje. Ale już planuje kolejny rejs, tym razem do Chorwacji!
Kaśka, Warszawa.